Premiera czwartego sezonu Sherlocka.

 

Byłam bardzo zajęta w niedzielę wieczorem, rozpoczynając 2017 tak jak lubię najbardziej. Czy można było zacząć ten rok lepiej niż od długo wyczekiwanej premiery Sherlocka, czyli jednego z najlepszych seriali XXI wieku? Lepiej się nie dało, uwierzcie mi na słowo. Siedziałam w niedziele przed telewizorem i opieprzałam wszystkich za zbyt głośne oddychanie podczas gdy ja wraz z Holmes’em ratowałam świat.

Tyle czekania i wreszcie jest. Czwarty sezon, nie jeden odcinek, żeby zaspokoić głód widzów, tylko pełne trzy historie. Styczeń stał się ekscytujący. Gdy usłyszałam słynną już muzykę do serialu, miałam ciarki jak mnóstwo innych fanów serialu.  Błyskotliwy umysł Sherlocka, kompletnie nic nie rozumiejący Watson i zagadki do rozwiązania oraz złoczyńcy do złapania. Idealnie. Pierwszy odcinek według wielu nie był jakiś wyjątkowo dobry w porównaniu z poprzednimi, ale mi się bardzo podobał. Uważam, że był na bardzo dobrym poziomie i pasował do całej serii. Trzeba było wiele rzeczy wytłumaczyć, a więcej dynamiki, akcja, pościgi i wybuchy za tydzień. Ten odcinek był po prostu bardziej rodzinny, ma to swój urok. Benedict Cumberbatch jak zwykle mnie rozwalił swoją grą aktorską, a wszyscy pozostali aktorzy nie byli gorsi. Widziałam też zapowiedź drugiego odcinka i już się nie mogę doczekać. Jakiś nowy wróg, strach, emocje, kłótnie, pełen pakiet.

I tu moi drodzy zaczynają się spojlery.

Odcinek emitowany w niedzielę dostarczył sporo emocji. Tym razem musimy się uporać z duchami przeszłości Mary Watson. Okazuje się, że wrzucenie pendrive’a do kominka nie załatwia sprawy. Inspiracją dla scenariusza tego odcinka miało być słynne opowiadanie „Sześć twarzy Napoleona” A.C. Doyle’a.  Zamiast Napoleona wybrano Margaret Thatcher. Ciekawym momentem było też pojawienie się szpiega-psa. Może to ja lubię jak używa się zwierząt w poszukiwaniach albo to urok Toby’ego sprawił, że ta scena była dość ciekawa. Oczywiście nie możemy zapomnieć o nowym dziecku na planie, czyli Rosemund. Scena chrztu dzięki ciągłym pisaniu Sherlocka na telefonie, była dość śmieszna. Trochę brakowało mi scen z panią Hudson, przynajmniej w mojej głowie to właśnie dla niej pojawienie się dziecka w Sherlockowej rodzinie było bardzo ważne. Absolutnie nie podoba mi się jednak pomysł, że John flirtuje z kobietą poznaną w autobusie, jeżeli nie jest to rozwinięte dalej w serialu na zasadzie, że ona jest jakimś przestępcą, to tym wątkiem jestem zawiedziona.  Watsonowie troszeczkę też skradli show, ale ze względu na końcówkę odcinka, jest im wybaczone. Mam tylko nadzieję, że w następnych dwóch będzie trochę więcej Sherlocka w Sherlocku.

Co do zakończenia pierwszego odcinka czwartej serii. Śmierć Mary nie była dla mnie zaskoczeniem, jednak nie spodziewałam się, że nastąpi tak szybko. Żona Watsona była barwną i bardzo ciekawą postacią, ale nie mogła być z nami za długo, bo odciągała akcję od głównych założeń serialu, czyli dwóch detektywów w pogoni za rozwiązaniem nierozwiązywalnych zagadek. Sam sposób w jaki zginęła był dość dramatyczny, ale bez przesady. Mary jako postać zaczynała już powoli „ciążyć” i jak teraz o tym myślę, to jej odejście nastąpiło w odpowiednim momencie.

Z rumieńcami na twarzy czekam co przyniesie ze sobą nowy rok, ale chyba bardziej przejmuje się kolejnym odcinkiem kultowego już Sherlocka. I bardzo chciałabym na koniec zadać jedno proste pytanie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *