Przyznaję się do błędu.

Wszyscy, którzy otworzyli moją stronę w nadziei, że znajdą jakiś gorący skandal, muszę Was niestety zawieść. W tym tygodniu nikogo nie zabiłam, nic nie ukradłam, nikogo nie oszukałam, chyba. Na szczęście jutro zaczyna się kolejny tydzień, więc mogę to jeszcze naprawić.

Teraz jednak czas na „real deal”.

Przez wiele lat walczyłam o to, żeby popełniać jak najmniej błędów lub nie popełniać ich wcale. Jako dziecko bardzo nie lubiłam, gdy ktoś mi mówił, że zrobiłam coś źle lub w nieodpowiedni sposób. Szczerze mówiąc, nadal tego nie lubię. Tylko, że zupełnie inaczej sobie z tym radzę. Jako mała kobietka próbowałam być zwyczajnie we wszystkim dobra, czy to lubiłam czy nie. Miałam też manię sprawdzania czy wszystko co robię jest w porządku. Taka strategia sprawdzała się, bo przez wiele lat udawało mi się osiągać pewnego rodzaju sukcesy we wszystkim czego się chwyciłam.

Potem nastąpił pierwszy kryzys. Rzeczy do ogarnięcia zrobiło się po prostu za dużo, a godzin w dobie zdecydowanie za mało. Nadal próbowałam pogodzić obowiązki, ale z czasem pierwsze malutkie porażki pojawiły się na mojej drodze. Nie wiedziałam do końca jak sobie z tym poradzić, więc co wymyśliłam? Dołożyłam sobie jeszcze więcej.

Jak łatwo można się domyślić więcej pracy nie rozwiązało problemu. Było jeszcze gorzej. Żyłam w strachu przed porażką. Stres był ogromny. Błędów było coraz więcej. Wreszcie sięgnęłam po rozum i zrezygnowałam z kilku rzeczy. Taki pierwszy oddech. To jednak nie wystarczyło. Wielka porażka była tuż za rogiem, a kiedy stała się rzeczywistością, zaczęłam kwestionować czy w czymkolwiek jestem tak naprawdę dobra.

Potrzebowałam na to czasu, ale udało mi się pogodzić z tym, że nie potrafię się już dalej ochraniać przed błędami.

Stwierdziłam, że jeżeli mam w przyszłości przegrywać czy popełniać błędy, to postaram się to jak najlepiej znosić. Chciałam zamienić złą energię w pozytywną i w ten sposób się motywować do dalszej pracy. Koncepcja wspaniała, ale na początku kompletnie nie podziałała. Umiałam się opanować, kiedy wokół mnie byli obcy ludzie, ale gdy byłam sama katowałam się i wmawiałam sobie jak bardzo beznadziejna jestem. Mimo wszystko to właśnie z błędów i przegranych najwięcej wyniosłam i były to cenne lekcje.

Wreszcie dotarło do mnie, że jak już sobie wymyśliłam sposób w jaki mogę się podnieść po porażce, to warto by z niego skorzystać.

Jak rodzić sobie z porażką? Nie zaprzeczać, nie ukrywać jej istnienia. Podnieść głowę, powiedzieć sobie „tym razem się nie udało” i iść dalej.

Tak, popełniam błędy. Tak, nie wstydzę się tego. 

Najważniejsze to zrozumieć, że błędy są nieuniknione. Zasada, że im bardziej chcę, tym bardziej mi nie wychodzi jest prawdziwa i zbyt często się sprawdza. Nie ma czegoś takiego jak idealny sposób życia. Wygrywanie i bycie bezbłędnym przynoszą ogromną satysfakcję, ale żeby nie zakochać się w sobie, trzeba czasem dostać cios wyrównujący ego. Tak ten świat jest skonstruowany i akceptacja, że nie zawsze będziemy najlepsi, to pierwszy krok w drodze do obniżenia stresu i presji na co dzień.

Zwycięzca to przegrany, który spróbował kolejny raz.

Ale dzisiaj wypijmy za błędy!

1 thought on “Przyznaję się do błędu.

  1. „Many who try to climb it fail and never get to try again. The fall breaks them. (…) The climb is all there is.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *