Psychologiczne brednie.

Małe zmiany na blogu. Pojawiają się dwie nowości. Pierwsza to wygląd, podrasowałam troszeczkę menu i takie drobiazgi, ale głównie rozjaśniłam stronę, trzeba wyjść wreszcie z tych depresyjnych klimatów.  Drugą zmianą jest pojawienie się nowej serii na blogu.Przyznam się, że ten pomysł chodził za mną jakieś dwa miesiące i wreszcie się przekonałam.

Panie i Panowie, przedstawiam Wam,

NATCHNIONE OPOWIEŚCI

Tytuł może nie powala, ale będzie to coś fajnego, zobaczycie. No dobrze teraz jestem winna chyba kilka słów wyjaśnienia.

#mianowicie

Będą to krótkie opowieści, wytwory mojej wyobraźni, raczej mające niewiele wspólnego z prawdą. Właściwie będą to fragmenty historii, które mam w głowie w jakieś nieskończonej ilości, tak w przybliżeniu. Mam nadzieję, że uda mi się wstawiać jedną taką historię w tygodniu, poza moimi zwykłymi wpisami. Chociaż wszyscy już dobrze wiemy, że lekki problem z regularnością mam. (ale nie bądźcie źli ☺, nadal się przyjaźnimy, prawda?) Chciałabym podkreślić, że wątki i postacie w opowieściach są fikcyjne .

Nie przedłużając, opowieść numer jeden.

Pusta kartka, to stałe hasło każdego psychologa, z którym się spotkałam. Czas zamknąć kolejny rozdział i zacząć wszystko od nowa.  Najlepiej odciąć się od starych, złych doświadczeń, spojrzeć na świat przez różowe okulary i co najważniejsze z dnia na dzień zacząć się uśmiechać bez końca. Przecież życie jest wspaniałe i szczęśliwy powinien być każdy, a ja znalazłam się na tych rozmowach tylko dlatego, że sobie z tym dotąd nie radziłam. Nie ma się jednak czego bać. Pan doktor jeden z drugim mnie wyleczą, wskażą ścieżkę cnoty i już po kilku wysokopłatnych sesjach będę biegać po świecie jak te słodkie pieski przez łąki w kreskówkach. Na każdego przecież znajdzie się metoda. Fantastycznie, szkoda tylko, że nic z tych psychologicznych bredni nie jest prawdą. Po kilku wizytach byłam już pewna, że albo zwariowałam przychodząc do tych uzdrowicieli albo za chwilę od tej tęczowej gadaniny stracę resztki rozumu. W życiu ma się tylko jeden start, w dniu urodzin. Wszystko, co się potem dzieje, to jedna okropnie długa i zawiła historia. W moim przypadku powiedziałabym nawet bardzo zawiła. A co jeśli ja nie chcę zaczynać wszystkiego od nowa? Co jeśli po prostu chcę zatrzymać się na chwilę i dopiero za jakiś czas iść do przodu? Takiej opcji to psycholodzy nie przewidzieli. Jedyną przydatną rzeczą jaką tam się nauczyłam jest metoda wdech-wydech. Używana za każdym razem, gdy słyszałam, że tak właściwie to powinnam już zdobywać Mount Everest. Rzuciłam więc terapię w cholerę i wierzcie lub nie, ale poczułam tak ogromną ulgę, że w sumie powinnam im podziękować. Jedyną terapią jakiej wtedy potrzebowałam było trochę wina i proszę bardzo cud, a nie kobieta. Zadowolona, uśmiechnięta wychodzę z mieszkania i świat jest piękny do czasu, aż zaślepiona szczęściem albo winem, tego nie jestem pewna, wdeptuję w kałużę. Buty całe przemoczone, humor wrócił do normy, wracam na górę, bo jeszcze po drodze muszę pomoczyć cała klatkę schodowa, a w tym tygodniu moja kolej na sprzątanie. Czy może być lepiej?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *