Warto robić COŚ

Opowiem Wam krótko o moich dwóch dniach w tym tygodniu. A były to dni wyjątkowe, pełne wrażeń i ogólnie bajeczne.

Dawno, dawno temu…

Tutaj zazwyczaj następuje wielki ziew i przytulamy się do poduszki. Chyba nie tak powinno się zaczynać ekscytujące historie, prawda? To jeszcze raz.

Tydzień miałam z gatunku tych ciężkich, kolokwium na kolokwium, ciągle ktoś coś ode mnie chciał, a ja byłam gotowa wejść do schronu lub ewentualnie dopisać do swojego nazwiska kilka morderstw. Rozumiecie, ten poziom zdenerwowania pomieszanego z brakiem czasu, który wyzwala głęboko ukryte chęci mordu. Stan w korporacji określany mianem „deadline”. Wyznaję zasadę, że jeżeli masz mnóstwo na głowie to weź sobie coś jeszcze, bo to i tak nic nie zmieni.

A jak już sobie dokładać to solidnie.

ŚRODA

Po długim dniu, o którym nie będę opowiadać, bo nie ma o czym, nadchodzi noc. Noc, którą zamierzałam spędzić bardzo wesoło. Przyjaciółka jakiś czas temu zadzwoniła, że do miasta przyjeżdża znany komik i za stosunkowo małą opłatą będzie nas zabawiał i sprawi, że uśmiech pozostanie na mojej twarzy przez kilka dni. Przekonała mnie. Pięć minut później bilet został zakupiony. Siedzimy więc razem w rzędzie czekając na show. Coraz bardziej popularny Stan-Up przyciągnął wiele osób w środku tygodnia, ale i tak możemy sobie mówić, że jesteśmy wyjątkowe. Emocje? Ogromne, bo to on, bo to my, on i my, jedna sala, ciemno i napięcie, które wisi w powietrzu.

Śmiech, przerwa, śmiech, przerwa, tracenie oddechu przez zbyt mocne śmianie, brawa, ukłon, śmiech, koniec.

Tak w skrócie. Opis powiedziałabym szczegółowy. Czujecie się już jakbyście tam ze mną byli?

Powrót do domu bardzo późno, za mną wspaniały dzień, przede mną całonocna nauka. Kroplówka z energetykiem „i jedziesz dalej”. Wmawiam sobie, że spanie jest dla słabych. Działa, ale tylko przez chwilę. Czekolada, książki, energetyk i ja, czyli jak powiększyć dwukrotnie wory pod oczami przez zaledwie kilka godzin.

SOBOTA

6 rano, budzik. Czy ja umarłam? Czy tak wygląda świat po śmierci? Zimny prysznic, za zimny, to ciepły, jednak żyję. Śniadanie w pośpiechu i pół godziny spaceru, żeby dotrzeć na miejsce. Gdzie jestem? Na konferencji TEDx, w tym wydaniu kręcącej się wokół tematu zmysłów. Czy cokolwiek może być zmysłowe w sobotę rano? Zdecydowanie tak. Około sto osób i jedna cicha jednostka, tym razem zdana na siebie. Kolorowi, wyjątkowi i absolutnie inspirujący ludzie ładujący we mnie swoją niekończącą się wiedzę. Moje oczy wychodzą z orbit, a czasami łapię się na tym, że nie zamykam ust z wrażenia. Intelektualna uczta.

Wychodzę stamtąd po ponad 8 godzinach, ale zamiast zmęczenia czuję chęć robienia więcej.

Widzicie mam wrażenie, że stajemy się mistrzami zabijania czasu. Nie robimy nic szczególnego i tak mijają dni, tygodnie, miesiące. Rozumiecie o co mi chodzi. Odkładamy wszystko na potem, a później to potem wcale nie nadchodzi. Ten tydzień był dla mnie piekielnie męczący i byłby taki również gdybym została tylko przy tym, co muszę. Postanowiłam jednak dodać kilka rzeczy z kategorii „mogę” i tak, nie spałam tak długo jak powinnam, ale doświadczyłam czegoś nowego i znowu mi się chce. Naładowałam się.

Róbcie coś więcej, róbcie coś dla siebie, róbcie coś ze znajomymi, z bliskimi, róbcie coś bez sensu, planujcie, róbcie coś spontanicznie…

RÓBCIE COŚ!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *