Wyznania studentki: Przedsesyjna sraczka

Sielanka, szczeniaczki, piwko i spokój. Tak według wykładowców wygląda 99% studenckiego życia. Właścicielem tego 1% jest bezwzględna, nieobliczalna i okrutna SESJA.

Same egzaminy, no ok, trzeba przejść, są gorsze lub najgorsze, ale nie ma tragedii. Natomiast zdecydowanie najciekawszym i najbardziej absurdalnym okresem w życiu studenta są te 2-3 tygodnie tuż przed. To wtedy wpada się w panikę, a wszystkim wykładowcom, ćwiczeniowcom i lektorom przypomina się, że nie mają z czego wystawić Wam oceny. Rzucają kolokwiami, zaliczeniami i projektami prosto w studencką twarz i czekają na to czy po ataku student nadal żyje czy nokaut, zwany pospolicie poprawką lub warunkiem.

Gdy tylko pada jakikolwiek sprzeciw ze strony studenta, wtedy wykładowca sięga po śmiertelną broń, która będąc jednym zdaniem, zabije każdego.

„Przecież powinniście uczyć się cały semestr, to wszystko już dawno powinno być w Waszych głowach”

Być może mają trochę racji, ale NIE, to zdanie wcale nie usprawiedliwia tego, ze mając cały semestr tydzień przed sesją student ma do przejścia około 15 różnego rodzaju zaliczeń, w zaokrągleniu. OK?

Ok! To już jest jasne, ale przejdźmy do tego jak wygląda życie studenta w okresie tak zwanej „przedsesyjnej sraczki”.

Weekendy czy Wy jeszcze żyjecie?

Pamiętam z dzieciństwa, że weekend to teoretycznie dwa dni wolnego, podczas których można odpocząć i się zregenerować. Nie działa to w ten sposób, gdy jesteś na studiach. W weekend lub po prostu podczas poniedziałko-soboty i poniedziałko-niedzieli nie ma czasu na coś tak prostego jak odpoczynek. Co to w ogóle jest odpoczynek? Jeżeli przez relaks rozumiemy czytanie książek profesorów, z których nic nie rozumiecie i zapomnicie o czym są za 2 tygodnie lub robienie projektów, które nic w Waszym życiu nie zmienią, to studenci są bardzo wypoczęci.

Przykuci do biurka

Przepraszam, czy ktoś pamięta jeszcze co to świeże powietrze i słońce? Wszystko co widzę to słowa i żadnego znaczenia. Przez żyły zamiast krwi przepływa mi kawa połączona z napojami energetycznymi.  Przeczytałam trzy rozdziały, zasługuję na czekoladę. Ta książka to druga część „niekończącej się historii”. Ataki jednominutowej motywacji.  Termin tu, termin tam. Moje cztery litery chyba wtopiły się w krzesło. Pomocy.

Czy moja rodzina jeszcze istnieje?

W domu ostatni raz byłam… miesiąc temu. Dzwoniłam jakieś dziesięć dni temu. Gołębia z listem nie wysłałam. Rodzina pewnie myśli, że umarłam albo uciekłam na drugi koniec świata. I mogą mieć racje, bo jeszcze jedno kolokwium, a rzucam to wszystko i jadę zbierać truskawki za granicę.

Emocjonalne wsparcie potrzebne od zaraz

Na szczęście w całym tym gównie nie jesteśmy sami. Telefon. Wybieram numer koleżanki z grupy. Dzwonię i dowiaduję się, że nie tylko ja jestem na skraju wyczerpania i nie tylko ja mam tyle do zrobienia. Łza wzruszenia cieknie po policzku, gdy słyszysz pierwsze niecenzuralne słowo po drugiej stronie słuchawki, po którym następuje cała mowa na temat tego jak bardzo jest źle. Piękna sprawa.

Czy to mój pokój czy właśnie weszłam do strefy wojennej?

Zimne prysznice weszły już na stałe do codziennej rutyny, ale sprzątanie odchodzi na plan numer 95767976486. Góra zmywania, góra prania, pudełko po pizzy i pusta lodówka, to całe życie studenta podsumowane w jednym zdaniu. Przerzucanie rzeczy z krzesła na łóżko i z powrotem zależnie od pory dnia i nocy. Mam wrażenie, że bezdomni żyją w lepszych warunkach…

Życie towarzyskie, spotkamy się już za miesiąc lub dwa

Albo tuż po magisterce!

Mogłabym tu z Wami rozmawiać bez końca, ale semestr sam się nie zaliczy, a egzaminy niestety same się nie zdają. Wracam do pracy, a Wam życzę powodzenia, bo wszystkim nam się przyda.

2 thoughts on “Wyznania studentki: Przedsesyjna sraczka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *