Wyznania studentki: wiosenna dieta

Od ponad trzech godzin siedzę przed komputerem i nic nie robię. Próbując sama się przed sobą wytłumaczyć otworzyłam sklep internetowy z ciuchami i wybieram rzeczy na lato. Jest marzec, a w tym roku słońce widziało Polskę dokładnie dwa razy, w zaokrągleniu. Poszukiwanie stroju kąpielowego, którego nie użyję, bo w wakacje będę cały czas pracować, jest absolutnie do życia konieczne. Dylemat numer jeden. Bikini czy strój jednoczęściowy? Szybka analiza figury.

Stan aktualny: o jeden pieróg na święta za dużo. (a już niedługo Wielkanoc)

Nie potrzebuję stroju, bo w żadnym nie będę wyglądać dobrze, czyli po problemie. Zamykam stronę internetową, która prawie wcisnęła mi za małe bikini i kilka kompleksów gratis. Zabiłam nieodwracalnie trzy godziny, sukces czy głupota? Wolę nie odpowiadać na to pytanie.

Dzisiaj przed wykładem koleżanki uświadomiły mi i sobie, że za trzy miesiące lato. To nie oznacza wbrew pozorom, że zaczęły się stresować sesją letnią. Egzaminy to pikuś. Ich przestępowanie z nogi na nogę i krople potu na czole oznaczają, że mają one  mniej więcej 90 dni na to, żeby schudnąć minimum pięć, a najlepiej dziesięć kilogramów i wyglądać jak modelki z pierwszych stron gazet. Wszystkie ledwo oddychają, najmniejszy wiatr je przewraca, ale zaczęło się. Tu za dużo, tam za mało.

Wyrok. Wiosenna dieta.

Cel. Z chudego na przezroczyste.

Trener. Youtube, bo tanio i szybko, przynajmniej tak mówią nagłówki filmików.

Zamiast jedzenia piją jogurty pitne i wmawiają sobie, że to wystarczy. Ja udaję, że nie słyszę jak im burczy w brzuchu i że to po prostu odgłosy z rur w nowo wybudowanym budynku uniwersytetu. Zdarza się, prawda? Przez moment nawet chciałam dołączyć do koleżanek i wypowiedzieć wojnę kaloriom, wałeczkom i czekoladzie na przecenie, ale po dłuższym, czyli dziesięciosekundowym zastanowieniu się stwierdziłam, że moja wola walki jest słabsza niż moja średnia z poprzedniego semestru, czyli bardzo słaba. Ich gadanie mimo wszystko wywiera na mnie dziwną presję. Koledzy z grupy? Mają to w dupie, idą na browara. Nie będą wyglądać w połowie czerwca jakby starali się o rolę w „Słonecznym patrolu”, ale przynajmniej wyglądają na szczęśliwych. Zdrowe podejście. Natomiast co się dziewczynom udało, to obrzydzić mi jogurty pitne. W sklepach omijam albo wręcz zamykam oczy przechodząc obok tej alejki. Lubię raczej jeść zdrowo i może nie mam rozmiaru zero, ale przynajmniej po zjedzeniu kawałka czekolady nie płaczę nad swoim marnym losem.

Następnego dnia mi odbiło. Przy każdym kęsie zaczęłam sobie liczyć kalorie, ile przytyję, ile muszę przejść, żeby nie mieć wyrzutów sumienia. Mój stan? Lekkie załamanie nerwowe, zapach fast foodu grozi wylewem. Cholera jasna, przysłuchałam się JEDNEJ rozmowie i powoli zmieniam się w kolejną zdesperowaną fankę jedzenia trawy. Ta dieta jest jakaś zaraźliwa. Dzwonić do Światowej Organizacji Zdrowia w tej sprawie?! Wpisuję w wyszukiwarkę hasło: „jak szybko schudnąć”. Usuwam. Wpisuję hasło: „jak nie zwariować”. Naciskam enter.

Wróciłam na weekend do domu, żeby znormalnieć.

Widząc powagę sytuacji, rodzinka postanowiła podjąć poważne kroki.

Pojechaliśmy do babci. Zjadłam kawałek ciasta, babcia nałożyła mi drugi. Zjadłam drugi kawałek ciasta, babcia podała mi winogrono i nalała drugą filiżankę herbaty. Przytyję kilogram jak nic, ale przynajmniej będę szczęśliwa, do czasu powrotu na uczelnie pomiędzy koleżanki jogurcianki. Ze swojego słownika wykreśliłam zakazane słowo na D.

Babciu, na Ciebie zawsze można liczyć.

1 thought on “Wyznania studentki: wiosenna dieta

  1. Drogie panie odchudzanie proponuje zaczac od motywacji, jak chcecie cos na motywacje, wpiszcie sobie w goglu: odchudzanie przed i po by sasetka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *